niedziela, 16 sierpnia 2015

Karen Essex - Łabędzie Leonarda



2 złote - tyle kosztowała mnie ta książka. Cieszę się, że nie wydałam na nią ani złotówki więcej, ponieważ to już była by strata pieniędzy. Zakup ten dowodzi, żeby nie oceniać książki po okładce. No bo przecież czego więcej potrzeba przyszłej studentce sztuki, niż klimatu renesansowej pracowani malarskiej, gdzie "pierwsze pędzle" tworzy Leonardo da Vinci?

Ano okazuje się, że czegoś potrzeba. I to nie byle czego, bo fabuły na tyle żywej, aby dalsze losy bohaterów stanowiły dla czytelnika intrygę. W powieści zabrakło powodów do zainteresowania odbiorcy, co przecież jest niezbędne przy typowym "wciągnięciu się" w dzieło.

Już na pierwszych stronach poznajemy główne bohaterki. Dwie siostry - starszą Isabellę d'Estę, dostojną damę, wychowaną na prawdziwą księżniczkę, o jakich słyszy się w bajkach; oraz młodszą Beatrice - która urodą nie grzeszy, a jej pasją i największym talentem jest jazda konna i łowiectwo. Brzmi znajomo? Jak dla mnie owszem. Od razu na myśl przyszedł mi wątek Sansy i Arii z "Gry o Tron", jednak nie ma co winić autorki o kopię, ponieważ "Łabędzie Leonarda" to powieść biograficzna, co oznacza, że wszystkie postaci w niej zawarte są prawdziwe.

Dziewczętom mimo swej realności brakuje głębi, której doszukuję się w każdym bohaterze w trakcie czytania. W takiej chwili czuję, że mam do czynienia z "pustą lalką". Siostry są bardzo powierzchowne, a największymi strapieniami i troskami pozostają romanse, narzeczeni czy odkładane terminy ślubów. Był to jeden z powodów dla których książkę obdarzyłam moją antypatią.

Autorka próbuje ratować nędzną nić fabularną poltycznymi intrygami, wojennymi motywami i tego typu "mądrymi" przerywnikami. Szanownej pani Karen wychodzi to jednak na opak, ponieważ jeszcze bardziej na pierwszy plan wychodzą wspominane już motywy romansów oraz zdrad. Mamy do czynienia z nic nie wnoszącą obyczajówką osadzoną u schyłku XV wieku.

Jedyne dlaczego warto sięgnąć po książkę, to Leonardo da Vinci. Jego dzieła, projekty oraz sama osobowość mistrza została wyśmienicie nakreślona. Smutny jest jednak fakt, że postać Magistra pozostaje na dalszym planie, na drugim jak nie na trzecim. Patrząc na tytuł książki i na okładkę, liczyłam, że da Vinci naprawdę będzie "tkwił po uszy" w powieści. Że przynajmniej połowa akcji rozgywać się będzie w jego pracowni. Moje rozczarowanie sięgnęło wtenczas zenitu, kiedy motyw Leonarda po prostu podkreślał rywalizację sióstr, romanse...

Miłym aspektem były umieszczane co jakiś czas notatki da Vinciego, które jak dla mnie - stanowiły cały sens powieści. Jednak ile to jest w porównaniu z całą książką?

Losy bohaterek w ogóle nie obchodzą czytelnika. Jeżeli więc liczysz na przeżywanie radości i smutków - zapomnij. Przyłapałam się wielokrotnie na "myśleniu o niebieskich migdałach" podczas czytania. Z niecierpliwością czekałam na koniec kolejnych rozdziałów, aż  na jakieś niecałe 50 stron przed końcem książki - skapitulowałam i "rzuciłam książkę w kąt".

Jeżeli jesteś fanem lekkiej, przyjemnej, odstresowującej prozy, a przy okazji lubisz historię i sztukę - tytuł jak najbardziej dla Ciebie. Nie myl go jednak z "Kodem Leonarda da Vinci", ponieważ przeżyjesz zawód.  Mnie książka wręcz oburzyła i nie dziwię się, że biblioteka wymiotła ją z półki w takiej cenie.

5/10
Sowa

Tytuł: Łabędzie Leonarda
Autor: Karen Essex
Liczba Stron: 397
Wydawnictwo: Rebis


4 komentarze:

  1. Szkoda, że książka do dupy, ponieważ okładka mnie zauroczyła i chętnie bym ją przeczytała. A "Grę o tron" uwielbiam :)

    OdpowiedzUsuń